Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeArms – recenzja. W górę sprężyny

Lato ze Switchem chyba należy uznać za otwarte.

Facebook Twitter Google Wykop

Niełatwo dziś skleić pozycję sieciową, która zwróci uwagę grającego świata. Kluczem – obok dobrej rozgrywki, jasne jak słońce latem – jest stworzenie nietypowego meta-uniwersum: bohaterów, którzy ożyją w rękach fanów, wyraźnego stylu, żyjącej społeczności. Wie o tym Blizzard, właściciel monstrualnego już obecnie Overwatcha. Wie o tym także, wbrew pozorom, Nintendo. Dwa lata temu wystrzelili z pomysłem, który na papierze wydawał się idiotyczny, ale który przerósł oczekiwania wszystkich, w tym konserwatywnego wydawcy. Splatoon był głośniejszy, niż pozwalała na to w ogóle baza użytkowników Wii U. I fajnie udowodnił, że „wielkie N” nadal potrafi wykreować coś świeżego. Dziś pałaszujemy owoce tamtej niespodzianki.

Platforma: Switch
Producent: Nintendo
Wydawca: Nintendo
Dystrybutor: Conquest
Data premiery: 16.06.2017
Grę do recenzji dostaliśmy od dystrybutora. Zdjęcia pochodzą od redakcji.

Nie martwcie się, gdy oglądacie zwiastuny

Bo tak naprawdę Arms jest „kolejnym Splatoonem”, ryzykownym eksperymentem z utartą formą oplecionym młodzieżową, intrygującą powłoczką. Poprzednio badali formułę internetowych strzelanek. Dziś pod nóż idą bijatyki, które na dobre chyba zmartwychwstały po blisko dekadzie zastoju. Arms to prawdziwa mordoklepka, która musi zadziałać żywotnym modelem walki (brak tu znajomych twarzy z serii Super Smash). Nawet jeśli promuje się ją filmikami z dziećmi machającymi rękoma niebezpiecznie blisko telewizora.

Są zakwasy, jest impreza

Miałem zostawić to zdanie na później, zaskoczyć Was trochę. Ale nie byłoby to fair. Dlatego – nie martwcie się, gdy oglądacie reklamy. Arms perfekcyjnie działa na klasycznych kontrolerach. Początkowo myślałem, że powinienem grać ruchowo. Trafił się, na szczęście wyjazd z miasta, więc w pociągu po raz pierwszy spróbowałem pada. Przeżyłem mały szok, jak szybko się przestawiłem i jak świetnie wypada takie ustawienie. Tak, w Arms istotny jest kierunek uderzenia – jeżeli widzisz, że przeciwnik odskakuje w prawo, podkręcasz uderzenie, by go uprzedzić i zasponsorować śliwę pod okiem. Istotne są szybkie reakcje, jak nagły blok. To w końcu bijatyka. Gra będzie za każdym razem zachęcać do chwycenia Joy-Conów w dłonie i wymachania sobie kolejnej porcji zakwasów. Nie musicie jej słuchać, jeżeli tacy z Was buntownicy.

Choć piszemy o „bijatyce w sosie Nintendo”, nadal piszemy o bijatyce

Prawdą jest jednak, że gdy w domu znajdziecie dwa zestawy Joy-Conów, sesja ze znajomym na dzielonym ekranie (lub trzema znajomymi, ale nie wiem, czy poznam kiedyś kogoś z ośmioma padzikami) sprawia nieporównywalnie większą frajdę w wersji machanej. Minęło wiele lat od Wii, żyroskopy nie są już tak łopatologiczne. Arms świetnie odczytuje drobne gesty, nie zaskoczy nagłą wtopą. Dodatkowo – uczy podstaw w ciągu (góra) trzech minut. Jasne, jeżeli graliście wcześniej pół nocy, znacie postaci na wylot, macie opanowane bardziej podłe techniki, to rozgromicie swoich kolegów. Warto jednak chwilę poudawać. Gwarantuję, że szybko zaczną Was zaskakiwać mykami, jakich sterowani przez konsolę przeciwnicy nie znali.

To standardowe zagranie, że wydawca konsoli wypluwa również te pozycje, które najlepiej wykorzystują jej technologiczne bajery. Wszystko, żebyście dokupili drugie Joy-Cony. Znany nam kalendarz premier nie zwiastuje żadnej większej gry ruchowej. Ale tutaj pies pogrzebany – Arms jest wystarczająco atrakcyjne, by dodatkowy wydatek rozważyć. Niemniej – w przeciwieństwie do Super Smasha – nawet w pojedynkę znajdziecie tutaj ogrom opcji.

Chłop jak malina, ładna fryza i sprężyna

Choć piszemy o „bijatyce w sosie Nintendo”, nadal piszemy o bijatyce. Zestaw ciosów wszystkich postaci jest wątły w porównaniu z Tekkenem. Ale kreatywne sposoby ich wykorzystania nie kończą się na machaniu sprężynopiąchami jak poparzeni. Ba, z masherskim podejściem nie sposób tutaj wygrać niczego, a na serwery w ogóle wstyd wchodzić. Dobrze wymierzony skok często decyduje o wygranej (lub przegranej, bo przecież przeciwnik też może przeskoczyć Wasz chwyt i spuścić łomot). Znajomość słabych stron poszczególnych herosów – od podstaw w stylu „wielka mumia rusza się jak mucha w smole” do profesjonalnego „podkręcę naładowany elektrycznością cios w momencie, gdy on puści specjala” – przychodzi z czasem. Podobnie jak sprawne reakcje na losowe dopałki, które pojawiają się na arenach. Lepiej orientujesz się w portfolio Nintendo i myślałeś „a, kolejny Punch-Out!! z Wii”? Myślałeś źle. Ja też, przyznaję.

Słusznie zatem, że mecze rankingowe ukryte są za finałem jednoosobowej „kariery” na pierwszym z dojrzałych (czyt. „naprawdę wymagających”) poziomów trudności. Główny boss da Wam taki wycisk, że siłą rzeczy nauczycie się grać dobrze. Skoro przy Grand Prix jesteśmy – nic wielkiego, kilka pojedynków wymieszanych z tutejszymi minigierkami (fanem wybuchowej siatkówki nie będę, ale koszykówka, gdzie wsady robi się przeciwnikami, to ogień). Służy wyłożeniu wszystkich postaci i dedykowanych im zestawów tytułowych rączek. Tak, jest ich dużo. Dodatkowo na lewą rękę można założyć inną niż na prawą i tworzyć własne asy w rękawie pod te natrudniejsze starcia. Wracając do Grand Prix – typowe, starodawne. Ale możliwe do przejścia w lokalnej kooperacji, co zdecydowanie warto wspomnieć.

Prędzej czy później zabawę przerzucicie do multiplayera. Przed jednym telewizorem, jak wiemy, w zależności od liczby posiadanego sprzętu. Ale dzielony ekran to zaledwie wisienka całości. Główną częścią tortu jest rozgrywka sieciowa. Bardzo długo zwlekaliśmy z recenzją Arms, ponieważ chcieliśmy mieć pewność, ile frajdy dostarcza zalogowanie się na serwery. Opcje są dwie: bicie imprezowe oraz rankingowe. To drugie w zasadzie niczym nie różni się od standardowych pojedynków – walka do dwóch wygranych i uzależniony od wyniku wskaźnik progresu. Dodatkowo – fura wewnętrznej waluty, potrzebnej do zdobywania następnych zestawów rękawic. Ogromny stres, szalona satysfakcja. Zwłaszcza gdy widzisz, że Twój oponent też stara się ze wszystkich sił, a poziomem umiejętności spokojnie Cię przerasta.

Włosów na głowie mam trochę za mało, by je rwać na potyczkach rankingowych, więc o wiele przyjemniej wchodzi mi opcja „imprezowa”. Tam w jednym pokoju spotyka się kilku graczy i losowo biorą udział w następnych wydarzeniach. Oprócz walk jeden na jednego można tutaj odnaleźć: siatkówkę, koszykówkę, dwóch na dwóch, jeden na jeden na jednego (prawym analogiem zmieniamy cel, na którym ustawia się kamera), kooperacyjną walkę z przerośniętym bossem czy konkurs trafiania w ruchome cele.

Syndrom „jeszcze jednej partyjki” trzyma za gardło

Najważniejsze, że działa to idealnie – wizyty w lobby trwają chwilę (a dodatkowo są przyjemne dla oka), syndrom „jeszcze jednej partyjki” trzyma za gardło, nie uświadczyłem dotychczas żadnego poważnego laga. I dzięki kilku dniom opóźnienia recenzji mogę od razu napisać – tak, jest w tym potencjał Splatoona.

Nie rozumiem jednak decyzji, by ze zdobywania nowych rączek tworzyć osobną minigierkę. Za szansę na tej strzelnicy musicie słono zapłacić i w teorii istnieje możliwość, że niczego nie „ustrzelicie”. Dobrze przynajmniej, że Arms nie poniża się do mikrotransakcji. Musicie monetki wywalczyć sami, po prostu. Szczęśliwie przez sieć sypią się dość ochoczo.

Take your - ARMS!

Czyli tak – wymagająca, techniczna rozgrywka oraz świetne ogarnięcie zabawy online. Pozostaje trzeci warunek, ale chyba wystarczy rzucić okiem na jakikolwiek zwiastun lub zdjęcie. Arms jest wyjątkowo charyzmatyczne. Wszystko dobrze „klika” – od sympatycznych postaci, przez irytująco-uroczego komentatora czy zestaw barwnych aren, po oprawę muzyczną, która bierze jedną melodię i remiksuje ją na kilkanaście rozmaitych sposobów (co ciekawe, nie nudząc nią uszu). Bonusowo Arms pyrka w stałych sześćdziesięciu klatkach na sekundę (wyjątkiem granie we troje lub czworo na jednym ekranie, wtedy animacja spada do trzydziestu). Jest perfekcyjnym materiałem na nowe IP dawnego giganta, który po raz kolejny podnosi się z kolan.

W lipcu aż trudno będzie zdecydować, przy którym tytule stracić weekendową nockę

O ile, rzecz jasna, zgodnie z obietnicami wydawcy, będzie tak rozbudowywane jak Splatoon. Dwa lata temu brakowało mi zaufania. Później obserwowałem, jak Inklingi z „czegoś świeżego” stają się centrum rozpieszczanej społeczności graczy. I tym razem jestem spokojny. Jeszcze w tym miesiącu do gry trafi jedenasty zawodnik oraz tryb widza (Arms ma chrapkę na esport), potem zaczną się kolejne (darmowe) rozszerzenia. Wystarczyłaby nawet połowa zawartości, jaka przez rok od premiery trafiła do Splatoona, by nikt nie poczuł się oszukany. A obserwując relację właścicieli Switcha widzę, że Nintendo znowu trafiło do swoich graczy. Fusy całkiem wyraźnie pokazują, że Arms zostanie z nami na dłużej.

Bo gdyby gra została już na zawsze w obecnym stanie, nawet atrakcyjna rozgrywka przez sieć nie zapewniłaby jej oczekiwanego cyklu życia. Nie zrozumcie mnie źle, nie jest „wybrakowana” (w porównaniu do tego, co staje się czasem hitem na Steamie, to wręcz produkt premium), ma w sobie wystarczająco dużo zawartości na miesiąc radosnego szarpania. Ale Nintendo celuje w zupełnie inny grunt, chce mieć tutaj długoterminowy hit, którego serwery będą zawsze pełne. A to wymaga czasu i szczodrobliwości.

W lipcu aż trudno będzie zdecydować, przy którym tytule stracić weekendową nockę. Mario Kart, Arms, Splatoon 2. Lato stoi multiplayerem i – po raz pierwszy od bardzo dawna – należy do Nintendo.

Adam Piechota

ZAGRAĆ?
WARTO
4.0

  1. Simplex
    20:42 19.06.2017
    Simplex

    Fajna recenzja, drobny babol rzucił mi się w oczy – „wtedy płynność zwalnia” – raczej spada.
    No i brawa dla nintendo za stałe 60fps. Szkoda ze w Zeldzie nie udało się uzyskać stałego 30fps na WiiU (bo jak na switchu to nie wiem).

    Ukryj odpowiedzi()
    • 21:12 19.06.2017
      Adam Piechota

      Dzięki, poprawiam.
      Na Switchu, w trybie przenośnym jest już „prawie” 30 fpsów (są lokacje, które przerastają wszelkie patche). Można wybaczyć. Cała letnia wataha (Arms, Mario Kart, Splatoon) cierpałaby o wiele mocniej, gdyby zdarzały się spadki.