Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX
Okładka Il-2 Sturmovik: Birds of Prey
Deweloperzy gry, są świadomi, że wydawanie prawdziwego symulatora lotu na konsole byłoby ryzykownym krokiem, dlatego umieścili w Birds of Prey trzy poziomy trudności, od których wyboru zależy w grze bardzo dużo. Pisałem o nich już w pierwszych wrażeniach, do których odsyłam po szczegóły. W skrócie - trudno pisać tu o grupie docelowej dla Sturmovika. Jeśli lubicie latać, to na pewno wpasujecie się w któreś ustawienie. Nie ważne, czy chcecie bez trudu zestrzeliwać setki wrogich maszyn, czy kręci Was raczej mozolna walka z maszyną, by wyjść przeciwnikowi na szóstą i wypracować kilka sekund na puszczenie mu zabójczej serii.
Misje w Sturmoviku nie przerażają skomplikowaniem czy długością. Co jakiś czas zdarzy się co prawda możliwość wybrania zadania pobocznego (np. lądowanie koło strąconego kolegi, by zabrać go do bazy), ale autorzy nie poszli w stronę dynamicznej kampanii rodem z Ace Combat. Zamiast tego mamy do wyboru około 50 misji, co z powodzeniem rekompensuje krótszy czas potrzebny na przejście każdej z nich. Różnorodność zadań jest spora. Nie zabraknie rajdów na tyły wroga, misji, w których będziemy osłaniali formacje bombowców czy lotów zwiadowczych, w których musimy po prostu przelecieć nad wybranymi punktami kontrolnymi. Kilka z misji dzieje się w nocy, co potrafi dodać emocji do zwykłych, podniebnych pojedynków. Z reguły mamy pod swoją komendą również kilku innych pilotów, którym możemy wydawać podstawowe rozkazy, ale szczerze mówiąc to nie są oni wielką pomocą, a o bardziej skomplikowanych taktykach ataku z wykorzystaniem skrzydłowego możecie zapomnieć.
Najważniejszym elementem gry jest oczywiście walka, do której to ostatecznie sprowadzają się prawie wszystkie misje. W trybie zręcznościowym oznacza to po prostu hurtowe posyłanie przeciwników do piachu, ale wystarczy wskoczyć poziom wyżej, by ich liczba zmalała, a emocje wzrosły. Tu nie wystarczy już tylko kręcenie się z nadzieją, że wróg odpowiednio długo utrzyma się w celowniku. Warto zaplanować podejście i kontrolować nie tylko ściganego, ale również jego kolegów, którzy mogą ruszyć na pomoc. Zaawansowany system zniszczeń sprawia, że celna seria nawet jeśli nie będzie oznaczała natychmiastowej konieczności opuszczenia samolotu, to w najlepszym wypadku sprawi, że dalsza walka będzie bardzo utrudniona.
Poza kampanią i uzupełniającymi ją pojedynczymi misjami mamy do wyboru jeszcze dwa tryby. Multiplayer oferuje nam cztery rodzaje zabawy, ale choć kod sieciowy wydaje się odpowiednio zoptymalizowany (nie uświadczyłem nawet najdrobniejszych lagów), to niestety bardzo, bardzo rzadko udawało mi się trafić na innych graczy. Nawet już po oficjalnej premierze. Pewnym panaceum może być tu tryb treningowy, w którym możemy wybrać samolot, liczbę, rodzaj i umiejętności przeciwników oraz kilka innych opcji i stoczyć szybką walkę, ale wiadomo, że to nie to samo, co pojedynek z żywym przeciwnikiem.

Jeśli idzie o oprawę audio-wizualną, to Sturmovik ma swoje lepsze i gorsze momenty. Po raz kolejny muszę powtórzyć banał o tym, że wrażenia wizualne rosną w miarę oddalania się od powierzchni ziemi. Na wysokości kilku kilometrów gra nadaje się do produkowania bardzo klimatycznych tapet. Wraz z kolejnymi etapami kampanii zmieniać się będą oglądane krajobrazy. W trakcie kilku misji na własne oczy przekonacie się, że odpowiednie malowanie samolotu daje naprawdę dużo, bo nie sposób wypatrzyć ich na tle miasta. Niestety, rozjechana walcem tekstura ziemi skutecznie zniechęca do atakowania celów naziemnych, a wrażenia psują również "ząbki" na krawędziach samolotów oraz bardzo denerwujące spadki płynności animacji.
Na plus trzeba zapisać grze świetnie zrealizowane i bardzo bogate odgłosy maszyn, karabinów czy walki. Na podkręconych głośnikach efekt robi wrażenie, zwłaszcza jeśli mamy nieprzyjemność bycia atakowanym z kilku stron naraz. Muzyka natomiast dość szybko się nudzi, a w trakcie misji jest zdecydowanie zbyt spokojna. Szkoda również, że komunikaty radiowe bardzo często się powtarzają.
Sturmovik to z pewnością dojrzała pozycja, która może być kolejnym zwiastunem tego, że również na konsolach można podejść do tematu symulatorów ambitnie i poważnie, bez uciekania w arcade. Gra stoi w rozkroku między symulatorem a kolejną grą zręcznościową, ale pozwala graczom wybrać preferowany styl rozgrywki. Szkoda, że fatalna decyzja podpięcia rozglądania się pod prawą gałkę dość mocno sabotuje poważniejszą zabawę. Z drugiej strony, nie wypada wtedy już bawić się padem, a Birds of Prey może być mocnym argumentem do zakupu joysticka.
Nie ma tu przesadnej efektowności, co może razić w trybie zręcznościowym, który przechodzimy w zasadzie z biegu i bez większych emocji. Prawdziwa gra zaczyna się jednak poziom wyżej i kupując ją musicie być tego świadomi.
Sturmovikowi brakuje ostatnich szlifów, nie rzuca na kolana żadnym elementem, ale gra się w niego bardzo, ale to bardzo przyjemnie. Polska, kinowa wersja językowa jest miłym dodatkiem i nie rzuciły mi się w oczy jakieś rażące błędy. Może poza faktem gubienia synchronizacji napisów z lektorem w trakcie wstawek fabularnych. Jeśli jeszcze znaleźliby się chętni do zabawy przez sieć, to żywot Sturmovika może być bardzo długi.

Maciej Kowalik
Ocena:
0 głosów
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX
Najczęściej czytane