Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeŌkami – recenzja

Panie prezesie, melduję wykonanie zadania. Znaczy, skończyłem Ōkami. Długo czekałem na europejską odsłonę, ssałem trailery i filmiki, oglądałem obrazki, czytałem …

Facebook Twitter Google Wykop

Panie prezesie, melduję wykonanie zadania. Znaczy, skończyłem Ōkami. Długo czekałem na europejską odsłonę, ssałem trailery i filmiki, oglądałem obrazki, czytałem recenzje, czekałem, czekałem, czekałem. W końcu nadeszła wiekopomna chwila (jak zwykle rok po premierze w Afryce czy Grenlandii) i pudełko z grą przypełzło pocztą. Na początku miałem problem z odgonieniem potomstwa od konsoli, ale w końcu złapałem grypę i mogłem na spokojnie przepłynąć kilkadziesiąt godzin w świecie japońskich akwarel, kaligrafii i walki Dobra ze Złem. A teraz zajmę wam kilka minut i opowiem jak to widzę w kilka dni po obejrzeniu napisów końcowych.

Koń jaki jest każdy widzi. Wystarczy zerknąć na trzy screeny, żeby poczuć stylizację na tradycyjne malarstwo japońskie. Całość obarczona jest bardzo wyraźną manierą, na wszystkich planach obiekty są bardziej symboliczne niż ścisłe, dominują płaskie przedstawienia obwiedzione maźnięciami tuszu i wypełnione kolorem z akwareli, cały obraz ma fakturę papieru, co w przestrzennym środowisku z dynamiczną kamerą daje poczucie odrealnienia. Cieniowanie realizowane jest rozlewającym się tuszem, wszystko dookoła żyje, trawa i kwiaty wyrastają i zanikają przy każdym niemal kroku naszej postaci, efekty magii wkomponowane są stylistycznie w całość. Używanie mocy zamienia na moment cały obraz na nieruchome monochromatyczne tło, po którym smarujemy pędzlem zanurzonym w czarnym tuszu (kolejna tradycyjna forma japońskiej sztuki). NPC, nawet zupełnie nieistotni dla przebiegu gry, dopracowani i w symboliczny sposób przerysowani, zaś ich emocje podczas interakcji wzmacniane dodatkowymi znaczkami w rodzaju burzowych chmur z lejącym deszczem, latających serduszek czy kropli potu. Podsumowując – dla mnie pełen zachwyt. Bardzo odważny krok, bo dla niektórych taka wizualizacja jest pewnie całkowicie nieakceptowalna, ale mnie po prostu pochłonęła. Nie zawiodłem się na designerach z Clover Studio (poprzednio urodzili serię Viewtiful Joe), chociaż patrząc na restrukturyzację w Capcomie, która ich pożarła, można podejrzewać, że mijam się z gustem normalnego nabywcy gier.

Nie da się ukryć, że treść gry jest baśnią Shint?. Naładowana religijnymi i mitologicznymi elementami, umieszczona w realiach i miejscach japońskiego folkloru. To, co robimy, jest w ewidentny sposób przedstawieniem wcielenia (wwilczenia?) głównej postaci panteonu – bogini słońca Amaterasu – która broni Nippon przed zalewem Zła. Wstęp wyraźnie sugeruje konflikt z ośmiogłowym smokiem Orochi, jednym z bardziej znanych japońskich potworów, ale w trakcie gry okazuje się, że to tylko początek (no dobrze, 1/3 scenariusza). Wydarzenia biegną dalej, zataczając coraz szersze kręgi, dokładając nowe elementy i poziomy. Główni NPC rozwijają się wraz z grą, miewają wątpliwości, modyfikują własne podejście. Postacie są żywe – oczywiście, ze względu na formułę baśni istnieją ramy, wewnątrz których się poruszają, więc nie ma co się spodziewać dowolnych wolt postaw, ale nie czuje się jednowymiarowości, a jedynie logikę mitu. Spędziłem nad grą 59h, w tym znaczącą większością było realizowanie głównej linii fabularnej. Myślę, że nie zahaczyłem (nie mówiąc o realizacji) nawet o połowę dodatkowych questów. Szacuję, że podstawowa ścieżka to co najmniej 40h zabawy. Owszem, bywały momenty które nieco mi się dłużyły, ale było ich mało i być może wynikały z faktu, że przyzwyczajony jestem raczej do „dorosłych” gier, które przechodzi się maksymalnie w 20 godzin. Zagadki intuicyjne, podpowiedzi od NPC wyraźnie naprowadzające (czasem aż za bardzo, nawet dziecko nie miewa problemów). Całość, choć baśniowa, jest infantylna tylko w nielicznych miejscach.

 


 

Brak zastrzeżeń do sterowania. Na początku wydawało mi się, że kaligrafowanie czarów jest trudne – trzymamy R1 żeby zatrzymywać świat w trybie używania magii, wciśnięty [] to pędzel przyłożony do papieru, ruszamy narzędziem lewym analogiem – ale po kilkudziesięciu minutach zaczęło wychodzić nieźle (konsola dobrze rozpoznaje nawet pokrzywione bohomazy), a po kilku godzinach stało się zupełnie naturalne. Nasza wilczyca porusza się sprawnie, sama wykonuje skoki przez mniejsze przeszkody, tak że nie zacina się w trasie, a podczas ciągłego biegu po kilku chwilach automatycznie przyspiesza, co sprawia że backtracking jest sporo mniej uciążliwy. Walka rozwiązana widowiskowo, a poziom trudności na tyle niski, że aby zginąć trzeba mocno chcieć, więc i tutaj padologia nie sprawia kłopotów.

Mamy tu oczywiście w sporej ilości „łowienie ryb na skakance”, czyli zbieractwo, minigry, boczne questy, tajne moce i wszelkiego rodzaju zjadacze czasu, ale ani nie są zbyt trudne ani nawet potrzebne do jakichś potężnych artefaktów, bez których trudno się obejść. Ot, ciekawe i zupełnie nieobowiązkowe urozmaicenia. Tam, gdzie pojawiają się jako elementy głównego scenariusza, są prostsze i skrócone. Bardzo mi się to podobało i niektóre nawet realizowałem w pogoni za ulepszaniem postaci.

Jak mawia pewien Toread, każda japońska gra musi mieć coś spieprzonego. W przypadku ?kami są to odgłosy, które wydają NPC w ramach mówienia. Znaczy, po prostu bełkoczą (a pod spodem dostajemy napisy w wybranym języku). Jest to dość drażniące na początku, potem można się przyzwyczaić. Wydaje mi się, że autorzy tak bardzo odjechali w artystyczną formę, że wydało im się naturalne udziwnienie mówienia. Efekt po prostu marny. Ach, i jeszcze jedno. W jednej konkretnej lokacji gra trochę mi haczyła. Niby niewiele ale i tak przeszkadzało.

Nie da się ukryć, że jestem tą grą oczarowany. Moim zdaniem to najlepsza przygodówka od bardzo dawna. Prawdziwa, pełnokrwista, gdzie scenariusz wciąga, a elementy zręcznościowe są łatwe i pasujące do całości – ani razu nie zginąłem, we wszystkich punktowanych na koniec elementach dostałem maksymalne wyniki, a jestem raczej graczem, dla którego przejście gry akcji na trudności „normal” to szczyt możliwości. W finale – długa walka przeplatana filmikami trwająca około 1h – mało brakowało, żebym się rozpłakał ze wzruszenia. Po napisach końcowych i odblokowaniu dodatków siedziałem jeszcze co najmniej godzinę i oglądałem concept arty (co zdarza mi się rzadko). Co tu dużo mówić: złożona, napakowana szczegółami, obszerna baśń o mitycznej, feudalnej Japonii. Gdybym nie wolał czarnych charakterów, to pewnie wrzuciłbym wilczycę na tapetę i powtarzał co pięć minut: ?kami Amaterasu, niech zapach kwiatów otacza cię każdego dnia walki o szczęście i harmonię świata.

Moja ocena: 9/10 (z chęcią dałbym więcej, ale niestety drobne wady są).

 

Tomek Andruszkiewicz