Zmien skórke
Logo Polygamii

2K Sports dobrze kombinuje z "demem" NBA 2K17. Oby więcej takich

Brak klasycznych dem nie jest komfortową sytuacją dla konsumenta - to oczywiste. Ale gdybym powiedział Wam, że sam w dema grać nie lubię?

Powód? Pierwsze wrażenie da się zrobić tylko raz.

Pół biedy, gdy chodzi o gry sportowe. Ich autorzy mają najłatwiejsze zadanie. Zwykle udostępniają po prostu opcję rozegrania krótkiego meczu kilkoma drużynami i tyle. Gracz może na własnej skórze sprawdzić zapowiadane nowinki, a potem zdziwić się, gdy w pełnej wersji już ich tak nie czuć. Jak Bońka kocham – nie przypominam sobie dema PES-a czy FIFY, w które grało się tak, jak w pełną grę, która kilka tygodni później trafiła do sklepów. Więc, po zaspokojeniu ciekawości kilkoma meczami, demo zwykle kasuję.

Sieciowe bety FPS-ów to przypadek podobny. Macie dwie mapki, kilka giwer i bawcie się w starą wersję gry, gdy my będziemy szukać minimalnej liczby serwerów, potrzebnej do udźwignięcia multiplayera w okolicach premiery. Bo wszystko kosztuje. I znów – lubię się pobawić, ale dziesiątek godzin pakować w to nie będę, skoro za kilka tygodni wszystko będę musiał zaczynać od początku. Postępy poczynione w becie Battlefield 1 czy teście technicznym Titanfall 2 nie przejdą do pełnej gry. Założę się, że w przypadku COD: Infinite Warfare będzie tak samo.

W powyższych przypadkach autorzy nie boją się oddania „dem” w ręce graczy, bo dobrze wiemy czego po tych grach i trybach można się spodziewać. Inaczej wygląda to w przypadku gier, które nie są -nastymi odsłonami serii i są tworzone z myślą o jednym graczu. Są rzadkością, a przecież właśnie one przydałyby się najbardziej, bo to przy okazji takich tytułów gracz i jego portfel zderzają się z faktyczną niewiadomą.

Czy to zbieractwo w No Man’s Sky faktycznie takie upierdliwe czy przesadzają? Witness wygląda cudnie, ale nie wiem czy dam sobie radę z tymi zagadkami. Ludzie mówią, że Dishonored ma w sobie wiele z Thiefa, ale oni pewnie nie grali w Thiefa tyle co ja, więc czy mogę im ufać? To tylko kilka pytań, które mógłby zadawać sobie ktoś przed zakupem gry i na które kiedyś pewnie znalazłby odpowiedź w demie.

Kiedyś, czyli przed prezentacją Jesse’ego Schella na DICE w 2013 roku, podczas której przekonywał, że wersje demonstracyjne, które wymagają osobnych nakładów pracy i odciągnięcia części ekipy, odpowiadającej za grę właściwą, szkodzą sprzedaży.

Pamiętacie, że wersję demonstracyjną miał nawet pierwszy BioShock i swego czasu pobiła ona rekordy pobrań innych dem z Xbox Live i najszybciej „dobiegła” do miliona ściągnięć w usłudze?

Ale gdyby BioShock wychodził dzisiaj (w sumie „wychodzi” znów za mniej niż miesiąc), na demo chyba bym się nie połasił. Przez te lata zacząłem patrzeć na gry trochę inaczej. Byłoby mi zwyczajnie żal okradać siebie samego z pierwszej, długiej wizyty w Rapture. Demo było co prawda nieco zmienione w stosunku do poziomu Welcome to Rapture, który znalazł się w grze, ale i tak trzeba było potem przejść go jeszcze raz.

Bez plazmidów tracił na efektowności (niby nie o nią w nim chodziło, ale jednak był w pewien sposób uboższy), a swoje robiło też uczucie przymusu „odbębnienia” go, by dotrzeć do właściwego BioShocka. Tego, którego jeszcze nie znałem.

BioShock nie był oczywiście ani pierwszą, ani ostatnią grą, której pierwsze wrażenie nadkruszyło mi demo czy inny pokaz prasowy. Przechodzenie drugi raz tego samego etapu, to już nie to samo. Więc czemu do tego zmuszać? A może by tak wykorzystać demo do odbębnienia przed premierą wkurzających formalności, pokroju samouczka czy tworzenia własnego bohatera/zawodnika? Bez bicia przyznam się do ziewania za każdym razem, gdy napalony na nową przygodę muszę udowadniać konsoli, że potrafię poruszać się lewą gałką i kontrolować kamerę prawą albo, że pamiętam, którym spustem się przyspiesza, a którym hamuje.

I tu na scenę wchodzi NBA 2K17. A konkretniej – darmowa próbka gry, zatytułowana Prelude, którą będziemy mogli pobierać od 9 września.

Pozwoli ona na stworzenie własnego koszykarza i rozgrywanie meczów drużynami akademickimi, by zwrócić uwagę skautów przed draftem, który w pełnej wersji będzie początkiem właściwego trybu kariery. W Prelude znajdziemy też samouczek, który pozwoli ogarnąć ogrom (naprawdę, kto grał ten wie) opcji, dostępnych w trakcie meczu. W dniu premiery NBA 2K17 będziemy mogli zaimportować postępy i wgryźć się bez nudnych formalności w główne danie.

Bo przecież zabawa zacznie się dopiero po trafieniu do klubu NBA. Tak samo jak w Titanfallu chce się od razu wskoczyć do mecha, a nie biegać po torze przeszkód, czy gapić się na światła, kalibrując sterowanie. Chciałbym, by gra potrafiła zaimportować choć to źdźbło informacji o ukończonym samouczku do pełnej wersji. W ogóle marzy mi się czasem systemowa opcja „dla zaawansowanych”, która wyśle do świeżego tytułu informację, że to nie będzie moje pierwsze rodeo.

Klasyczne dema nie wrócą. Nie, kiedy takie EA zarabia na oferowaniu mniej lub bardziej ograniczonych czasowo wersji próbnych w ramach abonamentu EA Access. Ale może na ich grobie, coś jeszcze wykwitnie. Ok, ok – ściągam już różowe okulary.

Maciej Kowalik

Więcej na temat: